Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
hippocampus1987

— „Biuletyn oficjalny” jest gorszy od samej wojny, nie wolno tego mówić, ale to prawda taka jak dzwon, nie ma co do tego wątpliwości. „Biuletyn oficjalny” jest bronią w ręku bigotów, to oni odniosą wielkie zwycięstwo, oni będą triumfatorami na pięćdziesiąt albo i więcej lat, to kwestia czasu, kongregacje umieją zarabiać forsę i rozdzielać dochody i odpusty, ale przede wszystkim potrafią świetnie używać swojej broni: nakaz konfiskaty i zniszczenia książek pornograficznych, marksistowskich,  ateistycznych i innych ogólnie rzecz biorąc rozwiązłych publikacji (choroby duszy rodzą się pod wpływem lektur), zniesienie koedukacji w szkołach (niebezpieczne kontakty), powoływanie urzędów miejskich przez gubernatorów cywilnych (w imię jedności), weryfikacja wysokich urzędników (dobro wspólne nie może być zarządzane przez zdrajców), ogłoszenie kultu maryjnego w szkołach za obowiązkowy (pozdrowienie katolickie powinno być uzupełnione słowami: Ave Maria!), wprowadzenie wstępnej cenzury prasy, książek, teatru, kina i radia (nie powinno się mylić wolności z samowolą), zniesienie swobody zgromadzeń i stowarzyszeń (źródło zamętu), unieważnienie ślubów cywilnych (konkubinat) i rozwodów (umowny wybieg maskujący prostytucję), zakaz używania imion, których nie ma w Żywotach świętych (krucjata przeciw pogaństwu), to, co się szykuje, będzie poważnym hamulcem rozwoju w historii Hiszpanii.

— Camilo José Cela, "Mazurek dla dwóch nieboszczyków"; przeł. E. Komarnicka
hippocampus1987
[G]wałt zadany z błędnych pobudek przez odważnego dziwkarza i hulakę, który potrafi ryzykować życiem z elegancją i pogardą, nie jest tak groźny jak ten, którego dokonuje tchórz administracyjny, tchórz na etacie, kierujący się jedynie przebiegłym sknerstwem, ohydny, lepki typ, najgorsza jest zimna, zachowawcza przemoc przeciętności, która zasypuje papierkami świeży strumień życia [...]
— Camilo José Cela, "Mazurek dla dwóch nieboszczyków"; przeł. E. Komarnicka
hippocampus1987
Mży z wiarą, nadzieją i miłosierdziem na kukurydzę i żyto, na cnotę i na występek popełniany wspólnie, a także na grzech popełniany w samotności, na potulną krowę i na dzikiego lisa, a może mży bez wiary, nadziei i miłosierdzia i nikt o tym nie wie, nikt też się tym nie przejmuje, mży z nabożeństwem, podczas gdy świat toczy się swoim torem: jakiś mężczyzna  pożycza na procent, jakaś kobieta pociera sobie krocze zdechłym królikiem, jakieś dziecko umiera na skręt kiszek po zjedzeniu śliwek, Robin Lebozan przynosi czekoladki Rosicler, która namiętnie brandzluje małpę Jeremiasza, jakaś dziewczynka umiera kopnięta przez konia, Archimedes powiedział to swoje "dajcie mi punkt oparcia", itd.
— Camilo José Cela, "Mazurek dla dwóch nieboszczyków"; przeł. E. Komarnicka
hippocampus1987

What worried [John Stuart] Mill, and worries me, are the moral claims, often espoused stoutly and dogmatically, that fly in the face of human well-being. As a child, I found the prototype of perversity to be the rule that you must do what God commands. Particularly worrisome was its application in the Bible story of Abraham and Isaac, a story served up in Sunday school to my six-year-old ears. Abraham thinks he hears God command him to take his beloved son Isaac into the hills and slay him with a knife and burn him as a sacrifice. Heeding the call, he takes Isaac into the hills. In the nick of time, an angel luckily announces that God wants him to spare Isaac’s life after all. To the child’s mind, it seemed obvious that the God in question was terrifying and untrustworthy, and that Abraham was a deranged nitwit. I was relieved that my father showed no sign of communicating with God or angels and was otherwise disinclined to theological enthusiasms.

— Patricia Churchland “Braintrust. What Neuroscience Tells Us about Morality”
hippocampus1987

Rozgwiazda obejmuje małża pięcioramiennym uściskiem. Jej ramiona, przywarte do muszli mnóstwem maleńkich przyssawek, cierpliwie ciągną w przeciwne strony obie połówki małża, między którymi pojawiła się już mała szparka. Rozgwiazda zaczyna wynicowywać żołądek do tej szczeliny, a wydzielane przez niego enzymy trawienne dostają się do miękkiej zawartości muszli i powodują rozpad tkanek. Niebawem wszystko stanie się płynne i zostanie wessane przez żołądek rozgwiazdy. Wtedy wycofa ona swój żołądek, wciągając go w głąb ciała przez otwór gębowy, porzuci opróżnioną muszlę i z wolna odpłynie. Śmierć skrada się przy brzegu równie nieuchronnie jak w głębi wód, tyle że w nieco innym tempie.

— Ch. McGowan "Drapieżca i ofiara"; przeł. J. Strzałko
hippocampus1987
hippocampus1987

— Zapełniam sobie pustkę życia. Z dziesięciu tych, którzy mi się oświadczają, wybieram jednego, który wydaje mi się najciekawszym, bawię się nim, marzę o nim...

— A potem?

— Robię przegląd następnej dziesiątki i wybieram nowego.

— I tak często?

— Choćby co miesiąc. Co pan chce — dodała wzruszając ramionami — to miłość wieku pary i elektryczności.

— A tak. Nawet przypomina kolej żelazną.

— Lecí jak burza i sypie iskry?...

— Nie. Jeździ prędko i bierze pasażerów, ilu się da.

— Bolesław Prus "Lalka"
hippocampus1987

Młodzieniec ten [Mraczewski] dowodził mi przytaczając nazwiska ludzi, podobno bardzo mądrych, że wszyscy kapitaliści to złodzieje, że ziemia powinna należeć do tych, którzy ją uprawiają, że fabryki, kopalnie i maszyny powinny być własnością ogółu, że nie ma wcale Boga ani duszy, którą wymyślili księża, aby wyłudzać od ludzi dziesięcinę. Mówił dalej, że jak zrobią rewolucję (on z trzema „prykaszczykami”), to od tej pory wszyscy będziemy pracowali tylko po ośm godzin, a przez resztę czasu będziemy się bawili, mimo to zaś każdy będzie miał emeryturę na starość i darmo pogrzeb. Wreszcie zakończył, że dopiero wówczas nastanie raj na ziemi, kiedy wszystko będzie wspólne: ziemia, budynki, maszyny, a nawet żony. Ponieważ jestem kawalerem (nazywają mnie nawet starym) i piszę ten pamiętnik bez obłudy, przyznam więc, że mi się ta wspólność żon trochę podobała. Powiem nawet, że nabrałem niejakiej życzliwości dla socjalizmu i socjalistów. Po co oni jednak koniecznie chcą robić rewolucję, kiedy i bez niej ludzie miewali wspólne żony?

— Bolesław Prus "Lalka"
hippocampus1987

Ten świat wiecznej wiosny, gdzie szeleściły jedwabie, rosły tylko rzeźbione drzewa, a glina pokrywała się artystycznymi malowidłami, ten świat miał swoją specjalną ludność. Właściwymi jego mieszkańcami były księżniczki i książęta, hrabianki i hrabiowie tudzież bardzo stara i majętna szlachta obojej płci. Znajdowały się tam jeszcze damy zamężne i panowie żonaci w charakterze gospodarzy domów, matrony strzegące wykwintnego obejścia i dobrych obyczajów i starzy panowie, którzy zasiadali na pierwszych miejscach przy stole, oświadczali młodzież, błogosławili ją i grywali w karty. Byli też biskupi, wizerunki Boga na ziemi, wysocy urzędnicy, których obecność zabezpieczała świat od nieporządków społecznych i trzęsienia ziemi, a nareszcie dzieci, małe cherubiny, zesłane z nieba po to, ażeby starsi mogli urządzać kinderbale. Wśród stałej ludności zaczarowanego świata ukazywał się od czasu do czasu zwykły śmiertelnik, który na skrzydłach reputacji potrafił wzbić się aż do szczytów Olimpu. Zwykle bywał nim jakiś inżynier, który łączył oceany albo wiercił czy też budował Alpy. Był jakiś kapitan, który w walce z dzikimi stracił swoją kompanię, a sam okryty ranami ocalał dzięki miłości murzyńskiej księżniczki. Był podróżnik, który podobno odkrył nową część świata, rozbił się z okrętem na bezludnej wyspie i bodaj czy nie kosztował ludzkiego mięsa. Bywali tam wreszcie sławni malarze, a nade wszystko natchnieni poeci, którzy w sztambuchach hrabianek pisywali ładne wiersze, mogli kochać się bez nadziei i uwieczniać wdzięki swoich okrutnych bogiń naprzód w gazetach, a następnie w oddzielnych tomikach, drukowanych na welinowym papierze. Cała ta ludność, między którą ostrożnie przesuwali się wygalonowani lokaje, damy do towarzystwa, ubogie kuzynki i łaknący wyższych posad kuzyni, cała ta ludność obchodziła wieczne święto. Od południa składano sobie i oddawano wizyty i rewizyty albo zjeżdżano się w magazynach. Ku wieczorowi bawiono się przed obiadem, w czasie obiadu i po obiedzie. Potem jechano na koncert lub do teatru, ażeby tam zobaczyć inny sztuczny świat, gdzie bohaterowie rzadko kiedy jedzą i pracują, ale za to wciąż gadają sami do siebie; gdzie niewierność kobiet staje się źródłem wielkich katastrof i gdzie kochanek, zabity przez męża w piątym akcie, na drugi dzień zmartwychwstaje w pierwszym akcie, ażeby popełniać te same błędy i gadać do siebie nie będąc słyszanym przez osoby obok stojące. Po wyjściu z teatru znowu zbierano się w salonach, gdzie służba roznosiła zimne i gorące napoje, najęci artyści śpiewali, młode mężatki słuchały opowiadań porąbanego kapitana o murzyńskiej księżniczce, panny rozmawiały z poetami o powinowactwie dusz, starsi panowie wykładali inżynierom swoje poglądy na inżynierię, a damy w średnim wieku półsłówkami i spojrzeniami walczyły między sobą o podróżnika, który jadł ludzkie mięso. Potem zasiadano do kolacji, gdzie usta jadły, żołądki trawiły, a buciki rozmawiały o uczuciach lodowatych serc i marzeniach głów niezawrotnych. A potem — rozjeżdżano się, ażeby w śnie rzeczywistym nabrać sił do snu życia.

— Bolesław Prus "Lalka"
hippocampus1987

Czcimy rubinowe pantofelki, ponieważ ufamy, że potra­fią nas uchronić przed czarownicami (w dzisiejszych cza­sach prześladuje nas mnóstwo czarowników); mają ponad­to moc odwracania metamorfozy i są afirmacją utraconej normalności, w którą już niemal przestaliśmy wierzyć, a tak­że obietnicą powrotu do niej. Odnosimy się do nich z rewerencją, ponieważ lśnią jak obuwie bogów.

— Salman Rushdie „Na aukcji rubinowych pantofelków” [w:] tegoż, „Wschód, Zachód”; przeł. M. Gromkowa
Reposted byAliceInKillingLand AliceInKillingLand
hippocampus1987

Bogu — lub zręczności dawnych wytwórców papieru — niech będą dzięki za zaistnienie na naszej ziemi welinu. Podobnie jak ta ziemia, na której go umieściłem (aczkol­wiek jego kontakty z terra firma należą do rzadkości, po­nieważ zazwyczaj występuje na półkach, drewnianych lub innych, zakurzonych lub utrzymywanych w idealnym sta­nie, w skrzynkach na listy, szufladach, starych kufrach, najsekretniejszych kieszeniach kochanków, w sklepach, se­gregatorach, na strychach, w piwnicach, muzeach, szafach pancernych, skarbcach, kancelariach prawniczych, na ścia­nach gabinetów lekarskich, w letnich nadmorskich domkach waszych ulubionych praciotek, w rekwizytorniach, bajkach, na konferencjach na szczycie, w knajpach i zajaz­dach, które żerują na naiwnych turystach)... podobnie za­tem jak ta ziemia, powtarzam na wypadek, gdybyście stra­cili wątek, ten szlachetny materiał trwa... jeśli nie wiecz­nie, to przynajmniej dopóty, dopóki człowiek świadomie go nie unicestwi, gniotąc go, rwąc lub tnąc, za pomocą kuchennych nożyc lub silnych zębów, na podpałkę lub w wychodku. Wiadomo przecież, że człowiek czerpie tyle samo przyjemności z niszczenia ziemi, która go nosi póki życia, ile tego materiału (mam tu na myśli papier), na którym mógłby przetrwać wieki, gdy ta sama ziemia znajdzie się nad jego głową, zamiast pod stopami, oraz że pełna lista niszczycielskich strategii zajęłaby więcej stron niż mój przydział... Do diabła zatem z tą listą, wróćmy do mojej opowieści. Jak już próbowałem powiedzieć, przedstawia ona historię pewnego kawałka welinu: pokazuje zarówno jego własne dzieje, jak i tego, co na nim spisano.

— Salman Rushdie „Yorick” [w:] tegoż, „Wschód, Zachód”; przeł. M. Gromkowa
hippocampus1987

Kult rubinowych pantofelków sięgnął zenitu. Bal prze­bierańców trwa. Kręci się tu mnóstwo Czarodziejów, Lwów i Strachów na Wróble. Zawzięcie walczą o swoje pozycje, depcząc sąsiadom po palcach. Widać tu niewielu Blaszanych Drwali, a to z powodu niewygodnego stroju. Czarow­nice przyczaiły się na balkonach i galeriach Wielkiej Sali Aukcyjnej niczym żywe chimery, niejednokrotnie o wyso­kiej zdolności kredytowej. W jednym z rogów zebrały się pieski Toto: kilkanaście z nich kopuluje z wielkim zapałem, zmuszając dozorcę w gumowych rękawicach do rozdziela­nia ich, by zapobiec obrazie moralności. Dozorca robi to niezmiernie delikatnie i z zachowaniem wszelkich zasad dobrego tonu.

— Salman Rushdie „Na aukcji rubinowych pantofelków” [w:] tegoż, „Wschód, Zachód”; przeł. M. Gromkowa
hippocampus1987

Nie ma tu [na aukcji zaczarowanych pantofelków] księży. Organizatorzy nie wyrazili zgody na ich obecność: księża pozostali w innych, pobliskich bu­dynkach, dobrze im znanych, licząc na eksplozję psychoz.

Zespoły położników oraz grupy policjantów w hełmach oddziałów antyterrorystycznych czekają w bocznych uli­czkach na wypadek, gdyby nadmiar emocji doprowadził do nieoczekiwanych narodzin lub zgonów. Sporządzono listy najbliższych krewnych z uwzględnieniem ich nume­rów kontaktowych. Przygotowano zapas kaftanów bezpie­czeństwa.

Proszę popatrzeć: za kuloodporną szybą migoczą rubi­nowe pantofelki. Nie znamy granic ich mocy. Podejrzewa­my, że takie granice nie istnieją.

— Salman Rushdie „Na aukcji rubinowych pantofelków” [w:] tegoż, „Wschód, Zachód”; przeł. M. Gromkowa
hippocampus1987

— Czy mnie bardzo kochasz? A może mnie pokochasz, jeśli pójdę z tobą do łóżka?

— Niewykluczone.

— Wiesz przecież, że nie musisz iść ze mną do łóżka. Nie mam w tym względzie żądnych kategorycznych żądań.

— Jestem ci wdzięczny.

— Chcę się napić szampana.

— Ile masz pieniędzy?

— Wszystkich razem? Skąd mam to wiedzieć? Pewnie około ośmiu milionów dolarów.

— Myślę, że pójdę z tobą do łóżka.

— Jesteś sprzedajny.

— Za tego szampana musiałem przecież zapłacić.

— Do diabła z szampanem.

— Raymond Chandler „Długie pożegnanie”; przeł. K. Klinger
Reposted byAliceInKillingLand AliceInKillingLand
hippocampus1987

— W gruncie rzeczy nie jestem w najmniejszym stopniu kobietą swobodnych obyczajów. Czy to źle?

— Gdybym myślał, że jest inaczej, tobym spróbował poderwać cię za pierwszym razem, kiedy poznaliśmy się u „Wiktora”.

Pokiwała wolno głową i uśmiechnęła się. — Nie sądzę. I właśnie dlatego jestem tutaj.

— No, być może, nie wtedy — odparłem. — Tamten wieczór był poświęcony czemu innemu.

— Myślę, że w ogóle nie podrywasz kobiet w barach.

— Nie za często. Oświetlenie jest kiepskie.

— Raymond Chandler „Długie pożegnanie”; przeł. K. Klinger
hippocampus1987

— Nigdy nie dotknął mnie pan nawet palcem. Żadnego podrywania, żadnych dwuznacznych uwag, pchania się z łapami — nic. Wydawało mi się, że jest pan twardy, sarkastyczny, sprytny i zimny.

— Chyba jestem... czasami.

— A teraz, kiedy znajduję się tutaj, ma pan zamiar — po wypiciu odpowiedniej ilości szampana — rzucić mnie na łóżko. Czy mam rację?

— Prawdę mówiąc — odparłem — coś takiego chodzi mi po głowie.

— Raymond Chandler „Długie pożegnanie”; przeł. K. Klinger
Reposted byAliceInKillingLandonlytoreturndum-spiro-spero
hippocampus1987

Niewysoka dziewczyna o płowych włosach i przepasce na czole pojawiła się obok mnie, postawiła szklankę na barku i coś tam pisnęła. Candy kiwnął głową i przygotował jej drinka. Obróciła się do mnie i spytała:

— Czy pan się interesuje komunizmem? — Szkliły jej się oczy; małym, czerwonym językiem oblizywała sobie wargi, jakby spodziewała się znaleźć na nich okruch czekolady. — Uważam, że każdy powinien się tym interesować — ciągnęła. — Ale kiedy tutaj zahacza się w tej sprawie jakiegokolwiek mężczyznę, to zaraz się pcha z łapami. Pokiwałem głową i popatrzyłem znad szklanki na jej zadarty nos i spaloną słońcem twarz.

— Nie żebym się oburzała, kiedy to jest robione w miły sposób — poinformowała mnie, sięgając po drinka. Wypiła z połowę na raz, ukazując mi przy okazji swój ząb mądrości.

— Niech pani nie liczy na mnie.

[…] Odstawiła prawie pustą szklankę, zamknęła oczy, odrzuciła głowę do tyłu, podniosła obie ręce do góry, o mały włos nie trafiając mnie w oko, i głosem nabrzmiałym od wzruszenia wyrecytowała […]

— To mocna rzecz, przyjacielu. Pisał pan ostatnio jakieś wiersze?

— Niewiele.

— Może mnie pan pocałować, jeśli ma pan ochotę — rzuciła zalotnie.

— Raymond Chandler „Długie pożegnanie”; przeł. K. Klinger
hippocampus1987

Nie mam ochoty kierować swych uczuć ku sobie, a nie ma już nikogo, komu mógłbym je ofiarować.

— Raymond Chandler "Długie pożegnanie"
hippocampus1987

Kiedy cień ramy okiennej ukazywał się na zasłonie, było już między siódmą a ósmą, i wtedy znowu wracałem w czas, i słyszałem tykanie zegarka. Należał kiedyś do Dziadka, a Ojciec wręczając mi go powiedział: Quentin, daję ci oto mauzoleum wszystkich pragnień i nadziei, jest rzeczą rozpaczliwie właściwą, byś go używał, aby dojść do reductio ad absurdum wszelkiego ludzkiego doświadczenia, jakie może nie lepiej odpowiadać twoim indywidualnym potrzebom, niż odpowiadało potrzebom twego dziadka czy jego ojca. Daję ci go nie po to, byś pamiętał o czasie, ale żebyś mógł o nim niekiedy zapomnieć na chwilę i abyś nie trwonił wszystkich sił na starania, by go zwyciężyć. Bowiem nie wygrywa się żadnej bitwy. Nawet się jej nie toczy. Pole walki unaocznia tylko człowiekowi jego własne szaleństwo i rozpacz, a zwycięstwo jest złudzeniem filozofów i głupców.

— William Faulkner "Wściekłość i wrzask"
Reposted byMissStardustdupidayciarkaPorannydelikatnieMagnolia11corvaxuounsueptMagnolia11banshe
hippocampus1987
Play fullscreen
Stuff Smith "You'se a Viper"
Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl